poniedziałek, 26 czerwca 2017

Drzwi do szczęścia.


Mądre, prawdziwe, podane w "skondensowany" sposób i znane w większości prawdy o życiu, jakby powiedzieć "oczywiste oczywistości", w ujęciu tego znanego pisarza stają przed nami w nowej odsłonie.
Autor dzieli rozdziały książki i zarazem naszego podejścia do życia na cztery zasady. Symboliczne "Czworo drzwi", przez które powinniśmy przejść w drodze do prawdziwego szczęścia.
Bardzo lubię taki styl pisania. Nie ma tam niepotrzebnych zdań, nie ma zbędnych wyjaśnień. Wszystko ma swoje miejsce i cel.
Pada mnóstwo mądrych słów, cytatów, myśli, powiedzeń (kilka z nich zamieściłam w zakładce "Cytaty tygodnia!") . Autor nie ukrywa, że jest człowiekiem wierzącym w Boga, a więc kieruje się w swoim życiu zasadami wiary.
Książka z typu poradnikowych, stała się dla mnie jeszcze bardziej wiarygodna, bowiem autor zamieszcza w niej wątki autobiograficzne.
Richard Paul Evans jest obecnie znanym i popularnym pisarzem, człowiekiem szczęśliwym w życiu prywatnym i zawodowym, a więc wie czym są "drzwi do szczęścia". Kiedy natomiast czytałam fragment tekstu dotyczący jego dzieciństwa i wczesnej młodości, aż ścisnęło mnie w gardle. To nie było życie z amerykańskiego snu o szczęśliwej, dobrze sytuowanej rodzinie. Poznając wspomnienia o matce autora, jej problemach z psychiką, o niezdiagnozowanej przez wiele lat dolegliwości samego Evansa, z którą zmaga się przez całe życie, to wtedy potwierdzają się moje odczucia co do wiarygodności przekazu. Takich słów nie napisał ktoś z czysto teoretycznego punktu widzenia. On to wszystko przetestował na sobie. Rozpoznawał problemy, podejmował walkę, przegrywał i ponosił porażki, ciężko pracował, po to, by koniec końców znaleźć się na szczycie góry, którą wymarzył sobie zdobyć.
Zwraca uwagę na rozwój duchowy każdego z nas, koncentracji na rzeczach najważniejszych, z których "miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek".
Truizmy, powtarzane tyle razy, teraz docierają do nas w przekazie:

"Nie pojawiliśmy się na tej ziemi, aby zdobyć sławę, która przemija z czasem. Nie pojawiliśmy się na tej ziemi, aby gromadzić dobra materialne, które mogą być rozdzielone i stać się przedmiotem sporu po naszej śmierci. Pojawiliśmy się tutaj, aby nauczyć się kochać"
"Kiedy przychodzi pora ostatecznego rozrachunku, żadna ziemska nagroda, medal, CV czy konto w banku nie zrobią na Bogu żadnego wrażenia - tylko zaświadczenie o tym, jak kochaliśmy..."

Symboliczne "czworo drzwi" otwiera przed nami nowe możliwości. Jeśli uważamy, że niektóre z nich, sami już wcześniej otworzyliśmy, to i tak pozostałe mogą nas mile zaskoczyć. 
Każde z nich są celem samym w sobie i istotą naszego życia. Czy mówimy o naszej samoocenie, wierze we własne siły, czy o tym jaki jest cel naszego istnienia, czy o tym, co nas ogranicza i naszym osobistym rozwoju. O czymkolwiek chcemy się dowiedzieć więcej, znajdziemy odpowiedź w drzwiach do szczęścia.
 Po takie książki sięgamy, czując, że w naszym życiu czegoś brak, chociaż nie zawsze jest źle i w ogóle szczęście brakuje. Szukamy jednak pewnego ogniwa, które spoi tę naszą ziemską egzystencję i da jej jak najlepszy wymiar. Warto wziąć poradnik do ręki. Poświęcić może godzinę, może dwie, a kto wie, czy właśnie tutaj nie odnajdzie się ten jeden element, którego brakuje, by odnaleźć lub po prostu docenić to, co mamy i to, co tak naprawdę w życiu najważniejsze.

 

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej! :)

Tytuł: Drzwi do szczęścia; Autor: Richard Paul Evans;  Wydawnictwo Znak. Oprawa twarda. 170 stron.













wtorek, 20 czerwca 2017

Rośliny. Zwietrzęta. Spotkania z przyrodą.


Dzisiaj przykład, jak dobre książki nie tracą na swojej wartości przez lata.
Wydawca już na pierwszych stronicach informuje nas, że przewodnik powstał z myślą o tych, którzy lubią odpoczywać wędrując po lasach, łąkach, miedzach, polach, zagajnikach, nadrzecznych skarpach zaroślach oraz innych ciekawych miejscach. Lubią obserwować otoczenie, a zwłaszcza rozpoznawać i umieć nazwać napotkane rośliny. Po prostu kochają przyrodę.
Taki wstęp dotyczy części roślinnej, ale i przewodniku dotyczącym zwierząt możemy właściwie powiedzieć to samo. Są to książki dla ludzi kochających przyrodę, ciekawych jej i obserwujących jej piękno.
Rozpoczynamy wstępem, a w nim skondensowana wiedza na temat budowy rośliny, kształtów liści, typów kwiatostanów oraz owoców. Wszystko przepięknie zilustrowane. Rysunki przywodzą na myśl lata szkolne, a więc dla niektórych powtórka, a dla innych wspomnienie młodości. ;)




Świetny pomysł dotyczy podziału kolorystycznego opisanych roślin. Na brzegu każdej strony znajdziemy barwę, w jakiej kwitną nasze roślinki. Są więc strony z kolorem żółtym, czerwonym, niebieskim, białym.

Każda roślina ma swoją łacińską nazwę, opis, informacje o czasie kwitnienia, miejscach występowania oraz ciekawostkę na swój temat. Do tego oczywiście wspaniałe zdjęcia, na których niejednokrotnie rozpoznacie kwiaty, widziane na co dzień, przed domem, blokiem, w parku czy na pobliskim skwerze. Wszystko to jest dookoła nas, ale nie zawsze potrafimy nazwać takie rośliny i właściwie niewiele o nich wiemy.
Druga książka dotyczy zwierząt. Tutaj kolorowy podział wyznaczają: ssaki, ptaki, gady, płazy i ryby.
W przewodniku znów fantastyczne zdjęcia (wrażenie robią zwłaszcza ptaki i motyle, które, jak wiadomo nie tak łatwo uchwycić w locie :), łacińskie nazwy, dokładne opisy i to, co warto wiedzieć.

Niejednokrotnie przewodnik przydaje się podczas rozpoznania ptaków, przy karmniku, na drzewie, czy na krzewie przed oknem.
Zdarza się nam po powrocie ze spaceru, kartkować nasz ulubiony przewodnik, by odnaleźć osobnika widzianego na gałęzi lub w trawie. Do tego motyle, owady, chrząszcze, ryby i inni mieszkańcy naszych łąk, lasów i parków.



 Wspaniała pomoc, kompendium fachowej wiedzy, do tego czysta przyjemność i zachęta do obcowania z przyrodą. A kiedy już kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt gatunków nauczymy się rozpoznawać, uwierzcie, wielu znajomych może być pod wrażeniem. To wcale nie jest takie oczywiste w naszym dzisiejszym świecie, gdzie nawet nasza rodzima przyroda staje się miejscem egzotycznym i nieznanym, jak dawniej amazońska dżungla...


Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: Rośliny. Zwierzęta. Spotkania z przyrodą.(dwupak  w kartonowej oprawie); Autor: Inga Szwedler, Zbigniew Nawara, Wilfried Stichmann, Erich Kretzschmar ;
Wydawnictwo Multico. Oprawa miękka, foliowana. 398stron (Rośliny) 448stron (Zwierzęta.


sobota, 17 czerwca 2017

Blondynka na Tasmanii

Dziennik z podróży, tradycyjnie skondensowany, "jednopopołudniowy" - jak można powiedzieć, ale jednocześnie zachęcający, pełen szczegółów, których na próżno szukać w innych przewodnikach, informatorach czy pamiętnikach.

Książka Beaty Pawlikowskiej, jak zwykle okraszona jej humorystycznymi rysunkami i pięknymi, osobiście przez nią wykonanymi fotografiami.

Na Tasmanii jest inaczej, tego się spodziewała, ale ponieważ trafiła na wyspę w bożonarodzeniowy dzień, inność kraju zaskoczyła nawet tak wytrawną podróżniczkę.
Żadnych ozdób świątecznych, żadnych dekoracji w sklepach, na domach, wyludnione ulice i wyjątkowo zimno, jak na letni sezon na półkuli południowej.
Miejscowe przysłowie, a propos zmiennej pogody: "Jeśli nie podoba ci się tasmańska pogoda, poczekaj pięć minut".
Zimne, wiejące mocno wiatry, które dla mieszkańców wyspy są codziennością, to podobno słynne Ryczące Czterdziestki - wichury szalejące pomiędzy czterdziestym a pięćdziesiątym równoleżnikiem południowej półkuli.

Pogoda na Tasmanii wyjątkowo mnie zaskoczyła w tym opisie. Sądziłam, że u wybrzeży Australii leży spokojna, miła, wysepka o łagodnym klimacie. Tymczasem nasza autorka, prawie cały czas ubiera podwójne skarpety, polary i ciepłe bluzy. Chociaż, podobno mieszkańcy wyspy traktują te ochłodzenia bardzo spokojnie, przyodziani w krótkie spodenki, klapki i t-shirty.

Jak zwykle w dziennikach Blondynki znajdziemy sporo o przyrodzie. Roślinność i zwierzęta opisane ze szczegółami i pokazane na pięknych zdjęciach. Słodkie koale, fascynujące, choć nie grzeszące urodą dziobaki, tasmański diabeł, wombaty i oczywiście dostojne kangury.
Eukaliptusy, opium, rośliny przypominające szczotki do butelek, paprocie i czereśnie, których smak staje się dla autorki pretekstem do filozoficznych podsumowań.

Zahaczymy lekko o fakty historyczne, kilka informacji o gospodarce, polityce, porównamy stopy życiowe oraz zwyczaje mieszkańców. Na dodatek okaże się, że misie koala wcale nie są takie słodziutkie, a diabły tasmańskie w sumie okażą się całkiem sympatyczne. 

Australia od 1770 roku jest częścią Imperium Brytyjskiego. W referendum w 1999 roku Australijczycy mieli prawo wyboru, czy pozostać nadal pod rządami angielskiej królowej, czy stać się niezależną republiką. Wynik, jak dla nas Polaków może nie być oczywisty, bo jak mówi autorka nasza polska dusza kocha wolność, nawet za cenę jakości życia. Mieszkańcy kontynentu australijskiego wybrali natomiast dalsze rządy Brytyjczyków. Są zadowoleni z takiego życia i wcale nie marzą o zmianie. Nie mają swojego prezydenta, są podległym państwem, a i Tasmańczycy są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Jak mówi poznana na wyspie Tasmanka "dostają od rządu australijskiego więcej pieniędzy niż sami wpłacają, bo utrzymują ich bogatsze stany".

Takie i inne ciekawostki znajdziemy w dzienniku z podróży po Tasmanii, do którego lektury zachęcam i obyśmy mieli sposobność poznać osobiście smak tych pysznych tasmańskich czereśni.

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej! :)

Tytuł: Blondynka na Tasmanii; Autor: Beata Pawlikowska; Wydawnictwo G+J. Oprawa miękka. 128 stron.



piątek, 16 czerwca 2017

PRL czas nonsensu


PRL - czas nonsensu.
Podtytuł: Polskie dekady,
Kronika naszych czasów 1950-1990.
Wspaniałe kompendium wiedzy o czasach, które minęły, ale to naprawdę nie była tak dawno...
Jeśli to był czas "nonsensu", to pomyślcie, jak się żyło w świecie "bez sensu"! Zrozumcie teraz trudności, w jakich znaleźli się nasi rodzice, dziadkowie...Jak żyli, jak przetrwali...

Rozdziały, z których każdy obejmuje dziesięć lat historii naszego kraju. Przed każdym oś, na której dostrzeżemy poruszone w rozdziale tematy, przykładowo: architektura, szkoła, kościół, film, teatr, życie codzienne. Jeśli nie mamy ochoty, potrzeby lub czasu czytać całego rozdziału od razu, możemy wybrać poszczególne tematy, które akurat nas interesują. A do książki można wracać wielokrotnie. Zachęca do tego zarówno układ tekstu, jak i mnogość zdjęć.
Przenosimy się do lat 50tych, ery plakatu propagandowego albo na górskie ścieżki, przemierzane w latach 60tych, podczas wczasów pod gruszą. Zobaczymy na zdjęciach i poczciwe syrenki i klasyczny "ogórek" - autobus, którym Polacy podróżowali w średnio komfortowych warunkach. Wielu z nas odkryje z pewnością niejedną nowość, nie tylko z dziedziny gospodarki, ale i polityki. Na kolana mogą powalić niektóre "perełki":

Na Międzynarodowym Sympozjum Naukowym "Ochrona człowieka w środowisku pracy", zorganizowanym w 1978 roku w Poznaniu, podano naukowe definicje "zmiatania" - "przesunięcie warstwy materiału za pomocą elementów elastycznych (szczotek, zmiotek)" 
oraz "zmywania" - "wykorzystanie ruchu wody do porwania, przemieszczenia i transportu materiału".

Albo, czy wiedzieliście , że w latach 70tych pojawiły się na rynku "owoce kandyzowane", a w środku opakowania znajdowała się ...marchewka w cukrze!

Pomyślelibyście, że można "czasowo zawiesić pogrzeby"? A w 1975 roku Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, powiadomiło obywateli o takim zawieszeniu, z powodu kapitalnego remontu miejskiego karawanu.

Ja, czytałam niektóre informacje nie tylko z uśmiechem na twarzy, ale i z ogromnym niedowierzaniem. Wyglądają, jak te ze znanych komedii, w których jak się okazuje Stanisław Bareja, Jerzy Gruza i inni wielcy ekranu, chcieli nam pokazać to, co działo się naprawdę. A młodsi widzowie myśleli, że to tylko żarty, wymyślone przez scenarzystę...

Są kartki na mięso, jest mały fiacik, ocet na półkach, strajki i lata, które wielu z nas może pamiętać z dzieciństwa. Teraz w tym ujęciu, mogą zaskoczyć, mogą ujawnić nam zupełnie inne informacje, niż te, zapamiętane przez nas osobiście.

Poczytamy również o artystach, celebrytach swoich dekad. Marek Grechuta, Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski i tak wielu innych, że nie sposób tutaj zmieścić.
Są rozdziały o edukacji. Poczytajcie, a przestaniecie narzekać na obecny stan rzeczy, bo to, co było wywołuje chwilami dreszcze.
Nigdy nie słyszałam o wprowadzonym przez władzę zwyczaju "uroczystego nadania imienia".
Coś, co miało nowo narodzonym i ich rodzicom dać namiastkę obyczaju kościelnego, o którym w pewnych latach nie mówiło się głośno.

W podrozdziale "Pokolenie przesterowanych", przerażająca dla mnie, jako rodzica była jedna z informacji:
"Tezy programowe w sprawie zadań partii, państwa i narodu w dziele wychowania młodzieży, przyjęte przez Komitet Centralny w 1972 roku miały na celu zminimalizowanie wpływu rodziców na wychowanie dzieci, które w jak największym zakresie powinna przejąć szkoła."

Krótko mówiąc jest o czym poczytać. Jest co pooglądać. 
Polecam wszystkim, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć o czasach PRL-u, tym, którzy chcieliby powspominać, albo uzupełnić swoje wiadomości. 
Ja osobiście, tę książkę wypożyczyłam z biblioteki, ale zamierzam też zakupić dla siebie, bo chętnie wrócę do niej, jak do kroniki kraju z lat moich dziadków, rodziców i dzieciństwa. O wiele łatwiej będzie mi zrozumieć ich zachowania, wypowiedzi i w ogóle problemy, z jakimi musieli się na co dzień zmierzyć. O wiele łatwiej też będzie nam teraz i tutaj docenić to, co mamy!

PS:Jedyny minus książki, a właściwie jej wydania to mała czcionka, a już w spisie końcowym wprost niewiarygodnie drobniutka. 
 

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: PRL czas nonsensu. Autor: Wiesław Kot ;
Wydawnictwo Publicat. Oprawa miękka. 256 stron.




czwartek, 8 czerwca 2017

Kult miłości


Tytuł - "Kult miłości"; autor - kobieta; na okładce - stare, ozdobne lusterko, szkatułka z biżuterią i flakonik perfum, wszystko na słodkim turkusowym tle. Oceniając książkę po okładce - będzie romans, będzie oczywiście o miłości, ale...Tym razem tylko to drugie przypuszczenie się sprawdzi. Będzie o miłości. A ta ma , jak wiadomo, różne oblicza .
"Kult miłości" przedstawia nam współczesną kobietę, żonę, matkę dwóch córek, praktykującą chrześcijankę. Kiedyś pracownika znanych redakcji, mieszkającą w wielkim mieście, a obecnie żonę farmera - jak sama o sobie mówi.
Na co dzień można ją spotkać w maleńkim miasteczku w stanie Iowa. O czym chce nam powiedzieć, co przekazać na ponad dwustu stronach książki? Ile można pisać o miłości do Boga? Jak widać wiele.

Nasza autorka jest jednocześnie bohaterką swojej książki. Pisze o sobie, swojej rodzinie i wielkiej przemianie. Czytamy o życiu tym sprzed przeprowadzki na wieś i tym obecnym, kiedy spełnia się głównie jako matka dwóch córek i żona farmera. Tej ostatniej roli musi się w wielu sytuacjach dopiero uczyć. Nie mieszkała wcześniej wśród rozległych pól uprawnych, w małej społeczności, a codzienne obowiązki przy gospodarstwie czasami zdają się ją przerastać.
Całe życie była perfekcjonistką, kobietą ambitną, dlatego nawet odpowiedni sposób karmienia cieląt, dla niej staje się wyzwaniem, które chce doprowadzić do doskonałości. Cała opowieść o własnym życiu jest jednak wyłącznie tłem dla tego , o czym chce powiedzieć przede wszystkim, czyli o miłości Boga. Miłości bezwarunkowej, którą dopiero co poznała i w końcu dostrzegła. Pisze o tym, ile czasu straciła na niepotrzebne zabieganie o uczucia ziemskie. Oczywiście nie neguje uczuć do swoich najbliższych. Chodzi bardziej o "wypraszanie" akceptacji u osób postronnych, które w całym życiu, gdzieś tam się przewijały, czy to w szkole, pracy, wśród znajomych. Jak sama zauważa:
"Bożek miłości całkowicie mnie zniewolił, przykuwając do mojego własnego wskaźnika popularności i akceptacji. Stałam się uzależniona od bycia lubianą. A świat jest barem, który hojnie wydaje ogromne porcje marnych pochwał (...) Mierzymy miłość i szacunek cyframi - liczbą znajomych na Facebooku, stanem konta, miesięcznymi przychodami czy rozmiarem ubrań"
Bożkiem miłości nazywa między innymi, poszukiwanie pozytywnych sygnałów od ludzi, kiedy to brakuje pewności siebie, a nasza samoocena jest średnia lub całkiem niska.
"Gdyby było 100 ludzi, o których wiedziałabym że 99 mnie lubi, najprawdopodobniej skupiłabym się na tej jednej osobie, która mnie nie lubi, ponieważ chcę, żeby każdy mnie lubił".

Takie zabieganie o ludzką akceptację z pewnością wynika z naszej ułomności, nie tylko w zakresie braków emocjonalnych, ale i ograniczenia w postrzeganiu naszego życia.

Jennifer Dukes Lee, jako osoba wierząca w pełnym momencie zdała sobie sprawę, że przecież wcale nie musi prosić nikogo o miłość, sympatię, o symboliczne "lajki". Ona już dawno, od urodzenia, a nawet przedtem była i jest kochana. Kochana przez istotę najwyższą - Boga. Nie jest to miłość zawsze i dla każdego oczywista, bo jej na co dzień nie słychać i nie widać; jak sama pisze:
"W naszych małych głowach Bóg wydaje się taki odległy i obojętny, że tracimy cierpliwość i ruszamy na poszukiwanie miłości i akceptacji pośród bardziej namacalnych bogów"
Wiadomo, od Boga niekoniecznie usłyszymy pochwałę (chociaż, jeśli się mocno wsłuchamy...kto wie?), nie rozlegną się oklaski z widowni, nikt nie uściśnie nam dłoni osobiście, nie poklepie po plecach, ani nie wręczy dyplomu uznania lub nagrody za osiągnięcia, ale...
Właśnie "ale"! Bóg kocha nas całkowicie, bezinteresownie i bez jakichkolwiek warunków. On nie rozróżnia profesora od bezdomnego, milionera od ledwie wiążącego koniec z końcem. On jest i zawsze będzie nam sprzyjał, bez względu na ilość lajków na Facebooku. Do tego jednak trzeba nam wiary. A "wiara to nie jest okienko drive-trough", jak pisze autorka. To prawda, że w naszej rzeczywistości, pełnej fast food, fast love, chcemy też fast life. A wiara to nie półprodukt, to musi być pełnowartościowy "posiłek życia". Tylko wtedy, kiedy my sami włożymy w to swój czas, wysiłek i chęci, otrzymamy taki właśnie pożywienie.

"Kult miłości" nie jest książką lekką, łatwą i do poczytania przy kawie. Osobiście nie do końca przekonuje mnie styl autorki i nie przeczę, że są książki, które czyta mi się szybciej i z większym zaangażowaniem. Jednakże w takich książkach odnajduję często swoje "perełki", które zapamiętuję na długo i dla których warto czytać.
Autorka podsuwa nam kilka ważnych myśli, jak choćby ta o "znalezieniu odpowiedzi w Bogu, a nie w Googlu"...Jest też o pewności siebie, przekonaniu o swoich racjach, dążeniu do spełnienia marzeń i o życiu, takim, jakie nam się wydaje najlepsze, a nie innym ludziom.

Kiedy nasza bohaterka zabiera swoją rodzinę na Haiti, pokazuje tamtejszy niedostatek, choroby i problemy codzienności, jej mała córka mówi, że ona nie chce "przeciętnego życia". I o takie fragmenty też chodzi, warto zapamiętać, że być innym, czy to wolontariuszem, pisarzem, podróżnikiem, czy po prostu kimś dobrym, w tym, co robi i lubi, to najważniejsze. Próbować różnych rzeczy, teraz i tutaj, a nie kiedyś i gdzieś. Wciąż odkładać na później, a w końcu "na nigdy"...
"Duch Święty może nakłaniać cię, żebyś przyjęła nową pracę, adoptowała dziecko, pojechała na misje...albo napisała książkę. Ale jeśli ty cały czas zerkasz na siebie, zastanawiając się, co ludzie o tobie pomyślą, możesz łatwo zignorować to natchnienie. Może się okazać, że oddalasz się od tego, do czego zostałaś wezwana, od Bożego planu na twoje życie"
Czyli, jak śpiewał znany artysta "róbmy swoje", byle z Bogiem i pod Jego przewodnictwem, a Jego miłość i akceptację mamy zawsze.
Moc wiary autorki w to, o czym nam napisała dostrzegam chyba najbardziej w zdaniu, pod koniec książki:
"I nie żałujcie mnie tego dnia, gdy umrę. Bo tego dnia odnajdę uznanie, którego zawsze pragnęłam i będę już wtedy wiedzieć, z całą pewnością, że to jest uznanie, które od zawsze było mi dane".



Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: Kult miłości. Autor: Jennifer Dukes Lee
Wydawnictwo: Dreams. oprawa miękka. 272 strony.

KUBA

Piłkarz, o którego życiu prywatnym jeszcze kilka lat temu niewiele wiedzieliśmy. Stał się sławny, napisano książkę. Biografie to trudny t...