🌞🌴
Kiedy sięgam po książkę określaną już na okładce, jako "cudownie zabawna", to naprawdę spodziewam się poprawy humoru i miłego relaksu. Tym razem pojawiło się rozczarowanie. Czekałam długo na ten moment rozbawienia mnie do łez albo żeby chociaż podczas czytania pojawił się mimowolny uśmiech na twarzy, ale nic takiego się nie wydarzyło. Nie wiem teraz, czy zawiodło moje poczucie humoru, czy to zapewnienie na okładce jest tylko marketingowym chwytem.
Dom Kalifa to piękna, stara posiadłość w Maroku, którą kupuje główny bohater, aby przenieść się do Afryki wraz z żoną i dwójką małych dzieci. Rezydujący w willi lokalni dozorcy informują go o licznych komplikacjach, związanych ze stanem technicznym nieruchomości oraz o podobno zamieszkujących ją miejscowych duchach, zwanych w Maroku dżinnami. Odtąd mamy do czynienia z ezoteryką w wielu wymiarach. Prawdopodobnie miał to być właśnie ten zabawny temat wiodący, bo dżinn potrafi pojawić się zarówno na ramieniu asystentki, którą zatrudnił nasz główny bohater, jak i w ogrodzie, gdzie jest w tajemnicy dokarmiany przez dozorcę. Ta ostatnia uczta mogła się skończyć tragicznie, bo kurczaki były wrzucane do studni z wodą, aby udobruchać dżinny, przez co doszło do zatrucia wody przez gnijące w niej mięso. Inną - prawdopodobnie również - "śmieszną" okolicznością miały być egzorcyzmy, odprawiane przez arabskich ekspertów w tej dziedzinie. Tyle, że ta radość jakoś słabo się uzewnętrznia, gdy czytamy o odciętej głowie kozy i tryskającej wokół krwi. A zabite zwierzę było ulubionym towarzyszem zabaw małej dziewczynki - tudzież córki naszego gospodarza. I ona znajduje te zmasakrowane zwierzęce zwłoki. To uwierzcie, że raczej chciało mi się zapłakać, kiedy pomyślałam, co mogła poczuć.
Są też wątki gangsterskie, pokazanie biedy obywateli Maroka zamieszkujących slumsy, opowieści o pladze szczurów czy szarańczy, zdechłe koty na drzewach, ataki terrorystyczne, "standardowe" oszustwa lokalsów wobec turystów czy swoiste zwyczaje i układy, które wymagają posiadania odpowiednich znajomości i typowego cwaniactwa, żeby w ogóle przetrwać bez większych strat i to na każdym polu.
🌴🌸
Życie w Maroku miało być rajem, a skończyło się na długotrwałym remoncie, a częściowo nawet mieszkaniu w domu bez dostępu do łazienki, bo podobno i w toalecie dżiny stawiały swoje warunki. Społeczność Maroka, miejscowa kultura i zwyczaje jawią się nam w tej książce, niczym cała lista najbardziej dziwacznych absurdów i niedorzeczności. Nie znam szczegółów dotyczącej tej kultury, ale wydaje mi się to wręcz niemożliwe, a podobno historia oparta jest na faktach. Chyba, że jest to szczególny punkt widzenia Anglików albo wkradła się literacka fikcja? Najlepiej ocenią to czytelnicy, którzy znają Maroko z własnego doświadczenia.
Ciekawostką jest fakt, że mimochodem, a jednak z pełną powagą nasz bohater przedstawia nam swojego dziadka, który przed laty mieszkał w Maroku i ponoć był świetnie wykształconym i światłym człowiekiem oraz ...zaangażowanym masonem. No cóż, jeszcze kilka lat temu to byłby najlepszy dowód na fantazjowanie, a tymczasem okazuje się, że mamy do czynienia z oczywistymi oczywistościami. Zatem i dżinny chyba należy wziąć na serio, co zresztą cały czas jest podkreślane w treści. Jedno jest pewne. Przedstawione kontrasty i różnice może komuś wydadzą się zabawne, ale kiedy w to wszystko wplątane są problemy związane z przestępczością, terroryzmem czy klasycznymi oszustwami i wykorzystywaniem naiwności nowo przybyłych mieszańców, to jakoś słabnie ten uśmiech.
Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej
Tytuł: Dom Kalifa. Rok w Casablance
Autor: Tahir Shah
Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 460
Oprawa miękka
Trafne spostrzeżenia. Szkoda, że marketing tak bardzo rozminął się z brutalną rzeczywistością tej książki. Opisywane przez Ciebie sceny to raczej mocny reportaż niż lekka komedia.
OdpowiedzUsuńWłaśnie o takich kulturowych zderzeniach piszę u siebie na blogu – wpadnij koniecznie, bo ten temat idealnie tam pasuje.