poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Fatima

Tajemnice fatimskie przez wiele lat kojarzyły mi się z wielkim sekretem, przechowywanym w archiwach Watykanu. Czymś, będącym rodzajem tajemniczej przepowiedni, przy której odczytywaniu, podobno każdy kolejny papież stawał się milczący i zasmucony, wręcz blady z przerażenia. Taką wersję z pewnością podtrzymywały w mojej świadomości media, szukające nie tylko sensacji, ale i sterowane przez ludzi, niekoniecznie zainteresowanych szerzeniem wiary katolickiej. A dzisiaj miałam okazję przeczytać książkę, która o Fatimie opowiada z zupełnie innych perspektyw. Cieszę się, ale i czuję zawstydzenie, że tak płytko odbierając ogólnie dostępne informacje, nie zgłębiłam do tej pory problemu właśnie pod innym kątem.

Poznałam zatem troje małych dzieci, o poważnych i jakby zasmuconych twarzach, dzieci nazywanych najczęściej pastuszkami, z racji pełnionych obowiązków. Troje wspaniałych maluchów - bo jak inaczej nazwać sześciolatkę? A pozostałe są od niej niewiele starsze. Nie mogę nadziwić się ich dojrzałości i nieprawdopodobnej sile wiary. Wynika to zapewne ze sposobu wychowywania w czasach przedwojennych, wielodzietności rodzin i na pewno z zupełnie odmiennych od obecnych, warunków życia.

Gdzieś wysoko w górach Portugalii żyli, bawili się, modlili i pracowali na co dzień, opiekując zwierzętami. Nikt nie wie, dlaczego akurat im przytrafiło się to wielkie szczęście i z jakiego powodu zostali wybrani, by ujrzeć Anioła, Świętą Rodzinę i kilkakrotnie rozmawiać z Matką Bożą. Nikt nie wie i na początku nikt też oczywiście w to nie wierzył.
Czytając historię życia tych dzieci, przenosimy się do Portugalii z początku XX wieku. Nie był to czas sprzyjający ludziom wierzącym. Kiedy okazało się, że  do miejsca objawienia pielgrzymuje wiele osób, dzieci stały się przeciwnikiem ówczesnych władz. Trafiły więc do więzienia. Kilkuletnie, niewinne dzieci uwięzione na równi z niebezpiecznymi przestępcami i pospolitymi opryszkami. Zastraszane, zmuszane do zeznań. Nie do uwierzenia, a jednak tak było i to z powodu daru widzenia, jaki otrzymały.

Powszechnie znani pastuszkowie, stają przed nami w zupełnie innym świetle. To mali bohaterowie. Dzieci, które przeżyły więcej cierpień i wyrzeczeń niż niejeden dorosły w swoim życiu. Każdy rodzic, czytając tę opowieść mimowolnie pomyśli i o swoich własnych dzieciach, porównując ich postępowanie, zachowanie i sposób myślenia. To automatyczne, bowiem nieprawdopodobne zdarzenia w życiu tamtych portugalskich maluchów, zmieniło ich w herosów. Czy wyobrażacie sobie swojego syna czy córkę, obwiązujących się powrozem, w tajemnicy przed wami, dobrowolnie poszczących, by cierpieć w imię Boga i za nawrócenie grzeszników?


Traditional fountain dedicated to the Virgin of Fatima. North of SpainNiesamowita historia małych dzieci wywiera ogromne wrażenie i sprawia, że człowiek dorosły czuje się "malutki" i słaby. Ludzie gór są z natury mocni i twardzi, bo jak autor opisuje matkę jednej z dziewczynek "...Łucja, najmłodsza z sześciorga dzieci Marii Róży, kobiety solidnej, jak gdyby była z jednej bryły marmuru, energicznej i po chrześcijańsku mądrej...".
Jednakże tamte dzieci były dodatkowo obdarzone wielką siłą wewnętrzną, pełną niezachwianej wiary w Boga, któremu bez jakichkolwiek ograniczeń zaufali i oddali swój czas tutaj na ziemi.
Światło, w którym się znaleźli podczas objawień, stało się ich wewnętrznym blaskiem. Nie bali się niczego, bo mieli świadomość, że Ktoś ich strzeże na ziemi, ale i czeka na nich w niebie.

Fatima stała się znana dzięki tym małym dzieciom. Łucja, najstarsza z nich żyła wiele lat, służąc jako siostra zakonna. Franciszek i Hiacynta odeszli bardzo wcześnie, cały czas wierząc, że to jest ich przeznaczenie, droga wybrana przez Boga.
Miasteczko w górach stało się w miejscem kultu, a figura Matki Bożej z Fatimy zmieniła nie tylko Portugalię, ale i wielu ludzi w odległych krajach. Podróżowanie figury, opisane w książce przywodzi na myśl pielgrzymki papieża Jana Pawła II. To, że wyszedł z murów Watykanu, dotarł do tylu krajów, przemawiał do tłumów ludzi na całym świecie. Fatimska figura również była takim pielgrzymem. Nie musiała wypowiadać żadnych słów, a i tak niektórzy wspominają, że czuli się w jej obecności, jak przy żywej osobie, dającej niezwykłą energię i siłę.

O fatimskim objawieniu dowiedział się cały świat, ale najważniejsze, by całość nie zamykała się w granicach cudu i tajemniczych słów przepowiadających przyszłość, lecz pozostawiła w nas przesłanie, które i mnie dzięki tej książce zostało uświadomione.
Wezwanie do nawrócenia i pokuty. Modlitwa różańcowa, która ma wielką moc. To siła, jaką każdy ma dosłownie w ręku.
Tajemnica fatimska jest czymś, co przepowiedziało wiele wydarzeń, ale nawet nasz papież Polak przez wiele lat nie przywiązywał do tego wagi. Przyznał, że nie uświadamiał sobie, iż jego zamach miał miejsce w rocznicę objawień w Fatimie. I w tym momencie minęło to zawstydzenie, o którym wspomniałam na początku. Nie tylko ja z dystansem podchodziłam do fatimskich tajemnic.

Teraz, poznając "Fatimę", przedstawioną przez Icilio Feliciego, poczułam tę moc, o której powinno się mówić jak najwięcej. Moc Ducha, pochodzącą z Fatimy, która może pojawić się i w małych, zwyczajnych ludziach, takich jak my, żyjących w zwyczajnym świecie, ale jednocześnie wierzących w niezwyczajne Życie i otwartych na nadzwyczajną miłość, bo jak powiedział Jan Paweł II:
 "Ostatecznym celem człowieka jest Niebo, jego prawdziwy dom, gdzie Ojciec niebieski w swej miłosiernej miłości oczekuje wszystkich"...
Książka rozpoczyna się dedykacjami dla matek, słowami wywołującymi nie tylko ogromne wzruszenie już na wstępie, ale i będącymi wspaniałą kwintesencją przesłania tej pięknej i ważnej historii o małym portugalskim miasteczku i jego mieszkańcach. O miejscu, w którym nasza Matka pojawiła się, by nas chronić i ostrzec, bo opiekuje się nami i chce, by nam było jak najlepiej.

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)
                                                                                                          
Tytuł: FATIMA Autor: Icilio Felici ;Wydawnictwo PROMIC. Oprawa miękka. 344 strony.


niedziela, 23 lipca 2017

Urlop nad morzem


Plaża, morze - nasze - Bałtyckie, chociaż zimne, to przecież piękne nawet jesienią. Tam wybrała się nasza para bohaterów na urlop.
Wzięłam książkę z bibliotecznej półki, zerknęłam na postać na okładce, pobieżnie przeczytałam streszczenie, spojrzałam na nazwisko autorki - nie znam. Wypożyczyłam z myślą o popołudniowym wypoczynku przy lekkiej lekturze. Jakże się myliłam i jednocześnie zdziwiłam, kiedy już w pierwszym rozdziale pojawiły się ludzkie szczątki pod posadzką w piwnicy. Hmm... jakaś zaskakująca przygoda? Okazało się jednak, że małżeństwo, które chciało spędzić miły czas na spokojnym urlopie, w domu swojej przyjaciółki, również pomyliło się w swoim wyborze. Podobnie, jak ja wybierając książkę z innej półki.
Początkowo czytając, czułam się, jak przy lekturze z młodości. Pan Samochodzik, to był kiedyś mój idol, który jeżdżąc w różne zakątki kraju, odkrywał wielkie tajemnice. Najpierw odnajdując coś niezwykłego, poznawał historię przedmiotu i tym samym przenosił nas w przeszłość i przybliżał tamte wydarzenia.
Analogia pojawiła się w momencie, gdy niespodziewanie odkryty grób w piwnicy, wiązał się z wydarzeniami, jakie miały miejsce podczas drugiej wojny światowej. Poznajemy wraz z bohaterami historie, jakie rozgrywały się w Sztutowie. Obóz koncentracyjny, esesmani, więźniowie głodujący, przerażeni i gnębieni przez najeźdźców. W końcu pojawia się i motyw ukrytego złota, skradzionego pojmanym ludziom. Przeszłość splata się z teraźniejszością, a odkrywane wciąż nowe wątki, wciągają nas w niesamowity klimat prowadzonego prywatnie śledztwa.
Poznajemy również nieprawdopodobne, a jednak panujące u nas różnorakie przepisy na temat, pochówków, przedawnienia spraw, ksiąg parafialnych i zasad panujących w naszym pięknym kraju. Chwilami nie wiadomo, czy to prawda, czy fikcja literacka, bo niektóre sytuacje są rzeczywiście niewiarygodnie dziwne.
A co do głównych bohaterów. Małżeństwo z krótkim stażem zachowuje się jakoś tak mało uczuciowo. Miałam wrażenie, że chyba nie kochają się zbyt mocno, ale może to tylko moje odczucie. W tle mamy byłą przyjaciółkę męża, a stałą klientkę żony (nadmienię, że żona jest fryzjerką).
Jest też przystojny ogrodnik-casanova. I całe to towarzystwo jest dla mnie mieniącym się czworobokiem uczuć. Uczuć niestałych, nieprawdziwych, jakichś powierzchownych, przeplatanych seksualnością. I niby może tak być, ale jednak drażniła mnie postawa żony, zaabsorbowanej towarzystwem młodego ogrodnika, korzystającej z każdej możliwości flirtu z nim i uznającej przytulanie się za flirt właśnie, a nie za drogę do zdrady. A mąż tymczasem, jakby nieobecny duchem, bo przy byłej przyjaciółce wydaje się żony nie zauważać i na jej zachowanie tym samym nie reagować. Wiejski casanova natomiast, razi chamstwem i bezczelnością, której panie turystki wydają się nie dostrzegać. Dziwne towarzystwo i jeszcze dziwniejsze sploty okoliczności. Zakończenie, które może zaskoczyć po całej historii, ale nie dziwi sytuacja w jakiej dochodzi do tragedii, zważywszy na wcześniejsze "wybryki" pani żony.
Morze, Lato, Woda, Wieczór, Bałtyk, Fale
No cóż. Urlop okazał się inny niż się spodziewali, podobnie, jak dla mnie cała historia, którą pod tytułem "Urlop nad morzem" wzięłam za lekką historyjkę na letnie popołudnie, a otrzymałam kryminał z dużą ilością odnajdywanych kości.
Uprzedzam zatem, że powieść tak całkiem lekka nie jest, ale jedno jest pewne - wciąga i potrafi przenieść nad listopadowy Bałtyk.
I tak na zakończenie; podobnie jak książki nie ocenia się po okładce, tak z lekką ostrożnością należy podejść do pięknego, starego domu z czerwoną dachówką i okiennicami. Tam może kryć się bardzo zaskakujące wnętrze i jeszcze bardziej zadziwiające historie jego dawnych mieszkańców...

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)
                                                                                                          
Tytuł: Urlop nad morzem . Autor: Agnieszka Pietrzyk ;Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Oprawa miękka. 312 stron.

wtorek, 18 lipca 2017

Indeks szczęścia Juniper Lemon


Szkoła - miejsce gdzie dzieciństwo zamienia się w młodość, gdzie zdarzają się przyjaźnie takie na całe życie, a czasem nawet prawdziwa miłość. Tam też są mądrzy i wyrozumiali nauczyciele, pamiętający jeszcze swoje nastoletnie czasy, ale i ci, którzy już nie chcą ich pamiętać, a zatem traktują nas z góry.
Są i wredne kreatury, bezczelne i pewne siebie, z chodzącą za nimi świtą, którym nie wystarczy cięta riposta w odwecie, więc pięść sama się zaciska i czasem uderza.
Szkoła to też ten czas, kiedy odnajdujemy swoje powołanie, mamy wielkie marzenia, snujemy plany na przyszłość. Zdarza się, że zostajemy olśnieni jakimś pomysłem na dorosłe życie.
Juniper Lemon, nastolatka, z takiej właśnie szkoły. Dziewczyna zwyczajna, ma koleżanki, przyjaciółkę, jeszcze nie ma swojej pasji ale próbuje ją odnaleźć.
Niestety, poznajemy ją w okresie wielkiego smutku po rodzinnej tragedii, jaką właśnie przeżyła. Utrata starszej siostry, tej, która była w szkole wcześniej. Przebijała szlaki, była znana, aktywna i lubiana. Stała się wyznacznikiem nazwiska Lemon, bo nie ukrywajmy, tak właśnie jest w szkołach. Starsze rodzeństwo pozostawia ślad i pamięć o osobowości, którą nauczyciele porównują później z młodszymi przedstawicielami rodziny.
Juniper, stawała zatem przeważnie przed pytaniem "jesteś siostrą Camie?". I to było oczywiste i normalne pytanie, aż do czasu, kiedy Camie zginęła w wypadku. Potem już nic nie było takie samo. Ani w domu, ani w szkole.
Pytanie: jak wrócić do normalności? Czy w ogóle będzie jeszcze normalnie? Przecież nie można zapomnieć własnej siostry, a jak można dalej funkcjonować w świecie, w którym jej już nie ma. Zawsze była i to blisko, a co teraz?
Świat Juniper nie tylko legł w gruzach, on się rozsypał na kawałki, bowiem nastolatka nosi w sobie ogromne poczucie winy za wypadek. Tymczasem brakuje jej jakiegokolwiek wsparcia. Rodzice, zamknięci w swoim bólu, przyjaciółka separuje się, jakby obawiała się, co i jak powiedzieć. Najbliżsi stali się niedostępni .Słowa, jakie padają na temat matki, dają pełen obraz smutku, rozżalenia i lęku, jaki odczuwa dziewczyna w obliczu największej życiowej tragedii:
" I ona albo tego nie zauważyła - nie zauważyła, że jej potrzebuję - albo jej to nie obchodziło."

Mamy historię, rozgrywającą się głównie na terenie szkoły, gdzie Juniper trafia na nowe przyjaźnie najdziwniejszym z dziwnych sposobów. Przyjaźnie, które okazują się właściwymi i dobrymi wyborami. To jest obecnie jej grupa wsparcia. Osoby, znające jej siostrę wprawdzie tylko ze szkolnego korytarza, potrafią teraz pomóc w pogodzeniu się i poradzeniu z trudną sytuacją.
Przy okazji wraz z naszą bohaterką poznajemy nietuzinkowe osobowości. Chłopaka zwanego Gąbką, który dzięki swojej cyfrowej pamięci, nieraz staje się źródłem interesujących informacji z życia szkoły. Nieśmiałą Kody, klasyczny przykład braku wiary w siebie i spektakularnej zmiany wizerunku pod wpływem naszej bohaterki. Lidera szkolnego zespołu muzycznego, z którym Juniper rozpocznie swoją przygodę i poczuje, że życie może nabrać innego wymiaru.
Czytając kilka początkowych stron wydawało mi się, że wszystko będzie przewidywalnie i oczywiste, ale było tylko w małym zakresie. A do tego, mocno wciąga wątek poszukiwania tajemniczej osoby, której bohaterka chce przekazać ostatni list, napisany przez zmarłą siostrę.


Mimo, że "Indeks szczęścia" jest książką młodzieżową, to i dorośli, znacznie oddaleni od młodzieńczych i szkolnych czasów, mogą z niej wiele wynieść.
Problemy głównej bohaterki, jak i drugoplanowych postaci są nakreślone dość mocno. Przemoc w rodzinie, porzucenie przez jednego z rodziców, osamotnienie, brak wiary w siebie, poszukiwania własnej drogi, a przed wszystkim wsparcie najbliższych w trudnych chwilach, to te wysuwające się w pewnym momencie na główny plan.
Znalezione obrazy dla zapytania jałowiec cytrynowy
Rodzic, czytając taką książkę, nie tylko dowie się, co może gnębić jego nastoletnie dziecko, jak widzi siebie, rodzinę i swoje otoczenie, ale i może wczuć się w jego rolę. Książka bowiem pisana z narracją głównej bohaterki, pozwala przenieść się w świat nastoletnich przeżyć i poczuć, jak to jest znów mieć szesnaście czy siedemnaście lat..


                                                                                                            Jałowiec cytrynowy :)

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)
                                                                                                          
Tytuł: Indeks szczęścia Juniper Lemon . Autor: Julie Israel ;Wydawnictwo IUVI. Oprawa miękka. 372 strony.


poniedziałek, 10 lipca 2017

Sięgając chmur.


Spotykamy czasem w swoim życiu osoby, które chcą żyć inaczej. Nie mają ochoty na założenie mundurka wzorowego urzędnika, bankowca lub sprzedawcy. Nie widzą się w pracy w sztywno zaplanowanych godzinach. Na pewno znacie kogoś takiego.
Znacie też zapewne jedynaków, którym rodzice poświęcali dużo czasu, są ich przyjaciółmi, podczas, gdy wy już jako starsze rodzeństwo musieliście się zajmować młodszym bratem lub siostrą, a ponadto zająć się domowymi obowiązkami, bo rodzice byli zajęci pracą.
Słyszeliście na pewno o kobietach, które wbrew panującym zwyczajom i opinii, pragną wykonywać zawód, zdominowany przez mężczyzn.
Znamy również przypadki osób, które nie są zainteresowane małżeństwem, z kimś, kto wydaje się idealnym kandydatem na współmałżonka. Takie uciekające panny młode, które znikają na dzień przed ślubem, pozostawiając ślubną sukienkę w szafie. No i zapewne znacie również marzycieli, którym w głowie same ideały, jakaś nietuzinkowa pasja albo coś, co może nawet jest niebezpieczne dla życia i zdrowia. Czy kojarzycie kogoś takiego? Na pewno! Każdy z nas, wymieni co najmniej kilka osób, znanych z życia, ekranu albo historii, jakie mogłyby pasować do powyższych opisów.
A ja dzisiaj mogę napisać o jednej kobiecie, która mieści się we wszystkich tych zbiorach nietypowych cech. Do tego jej marzenia są dosłownie chodzeniem z "głową w chmurach". Kate Evans, bohaterka książki "Sięgając chmur" jest kimś nietuzinkowym, osobą żyjącą tak, jak chce, jak lubi i jak sobie wymarzyła od dzieciństwa. Nie rezygnuje z tych marzeń, nawet w obliczu niebezpieczeństw i wydarzeń, które niejednemu człowiekowi przysporzyłyby problemów z psychiką.
Ona jest kobietą silniejszą od niejednego mężczyzny, dlatego świetnie odnajduje się w trudnej pracy i obowiązkach, które przerosłyby wielu z nas. Czy chodzi o transport zadufanych w sobie bogatych mężczyzn pod wpływem alkoholu, czy o właściwą reakcję, gdy rozpoczyna się poród w samolocie albo akcję ratunkową po rozbiciu samolotu.  Młodość, marzenia, siła i konsekwencja w działaniu. Pokonywanie trudności i ogromna pasja, która prowadzi do miejsca, gdzie czeka spełnienie i poczucie, że jest się tam, gdzie powinno się być i robi to, co daje szczęście.

Młoda kobieta pokazuje nam niesamowitą siłę marzeń i wiarę w to, że musi się udać, mimo niejednego problemu i niepowodzeń na drodze. Latanie samolotem w czasach, kiedy rozgrywa się akcja powieści, to nie było to samo, co teraz. Pilotowanie samolotu w latach 30tych ubiegłego wieku należało do prawdziwych wyzwań. Dołóżcie do tego brak komunikacji satelitarnej, telefonów komórkowych, brak jakichkolwiek nowoczesnych urządzeń, które obecnie ułatwiają życie i pracę pilotów. I jak? Ciężko! Dodajcie do tych niedogodności zmieniającą się szybko pogodę, surową przyrodę zimnej Alaski, dzikie zwierzęta i otrzymacie nieprawdopodobne wyzwania, z którymi przychodziło zmierzyć się szczupłej, młodej i z pozoru delikatnej kobiecie.

..."Tu niczego nie udowodnisz poza tym, że nie masz kontroli nad tym terytorium. To ono kontroluje ciebie..."

Historia, którą czytamy jest nie tylko pokazem wielkiej siły marzeń i determinacji w dążeniu do ich spełnienia, ale i obrazem społeczeństwa Alaski tamtych lat. Autochtoni, wykluczani przez przybyłych na Alaskę nowych mieszkańców. Osoby, z trudną przeszłością, uciekający przed światem i ludźmi, mieszkający samotnie w dzikiej głuszy. Samowystarczalni, zaradni i samodzielni, czasem uważani za dziwaków.
Po przeczytaniu tej książki spojrzycie w inny sposób nie tylko na tych "innych i dziwnych", których społeczeństwo uznaje za odmieńców, tylko dlatego, że wyłamują się z powszechnie panujących zwyczajów i norm. Inaczej pomyślicie również o kimś, kto jest samotnikiem i nie uśmiecha się i nie odzywa zbyt często. Zdacie sobie sprawę z tego, że w jego życiu być może wydarzyło się coś dramatycznego, co sprawiło, że stał się właśnie taki.
Może nawet zrozumiecie, dlaczego te "rozpieszczone" jedynaki są tak pewne siebie i wierzą w swoje siły. Albo dlaczego kobiety czasem odrzucają oświadczyny, kiedy trafia im się okazja, by dobrze i spokojnie żyć u boku wspaniałego męża.
Przy okazji przeżyjecie niezwykłą przygodę na Alasce. Poznacie wiele miejsc, wczujecie się w rytm życia dalekiej tundry. A co ciekawe, w ogóle nie brakuje w tej opowieści elementów nowoczesności. Przenosimy się w czasy odległe o prawie sto lat, a czujemy, że to historia ludzi takich, jak my. Marzących, pracujących, chcących przeżyć życie w zgodzie z sobą samym. I wcale nie uciekających od miłości, lecz oczekujących na taką, która będzie również zgodna z ich własnymi odczuciami i taka prawdziwa, z głębi serca i duszy.
Wydarzenia w naszym życiu nie zawsze są przewidywalne, czasem bywają dla nas też wielką tragedią, a my nie wiemy dlaczego tak się dzieje.
Życie nas zaskakuje, bo jak mówi jedna z bohaterek książki: "My widzimy na tym świecie tylko to, co mamy przed oczami. A Bóg widzi całość". 
Kate, bohaterce książki pisane było zostać pilotką w dzikich ostępach. I Alaskijką. Poznajcie jej historię, bo warto na chwilę oderwać się od naszej dzisiejszej codzienności i poszybować wraz z nią w nowe i nieznane tereny... życia.


Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: Sięgając chmur. Autor: Bonnie Leon
Wydawnictwo: Dreams. oprawa miękka. 448 stron.

wtorek, 4 lipca 2017

Cyfrowi rodzice.


Tytuł wskazuje na rodziców świetnie wyedukowanych w tematach nowoczesnych technologii, ale niech was to nie zmyli. Poradnik przeznaczony jest dla nas, przeciętnych rodzicieli, którzy czasem z wielkim niepokojem, a zdarza się, że wręcz z bezradnością stają w obliczu ekranów mniejszych i większych.

Młodzież, jak wiemy z historii, głodna jest nowoczesności. My, wychowani w innej epoce, zostajemy przeważnie w tyle. Teraz już wiemy, jak to bywało, kiedy nasi dziadkowie czy rodzice uczyli się czegoś przy nas. Patrzyli zdziwieni, jak szybko posługujemy się nowoczesnym telefonem, bo bezprzewodowo, jak nie idziemy do banku, ani do sklepu, a towar i pieniądze otrzymujemy do domu, jak komputer staje się naszą prawą ręką. No cóż świat pędzi, a my mamy - przynajmniej teoretycznie - za nim nadążać. Piszę "teoretycznie", bo w praktyce, nie wszystko i nie każdemu jest potrzebne do życia oraz funkcjonowania w codzienności.

Nie popadając w skrajności, staramy się dowiedzieć jednak, co porabiają nasze pociechy w tak zwanej "sieci". Ano właśnie. O tym jest ten poradnik i w tym na pewno nam pomoże.
Autorka, jest mamą dwójki nastolatków, a z racji swojego zawodu zajęła się również analizą aktualnych problemów i zachowań dzieci i młodzieży, korzystających z nowoczesnych mediów.
Książka wypełniona ogromną ilością przypisów, bo materiały źródłowe są rzetelnie dobrane. Czytając ten poradnik, mam wrażenie, że można się chwilami uspokoić i utwierdzić w przekonaniu, iż więcej jest osób nam podobnych, czyli zaniepokojonych. Zresztą podtytuł książki już to sugerował: "Dzieci w sieci. Jak być czujnym, a nie przeczulonym".

Z książki dowiemy się nie tylko tego, co ważne w sprawach świata cyfrowego, jak funkcjonują media społecznościowe, jak zmienia się system edukacji, czy w jaki sposób gry video mogą wpłynąć na użytkowników. Dowiemy się wielu rzeczy o dzieciach i nastolatkach w ogóle. Poczynając od dozwolonych godzinach użytkowania/oglądania ekranów przez malutkie dzieci. gotowości na pierwszą, własną komórkę, aż do tego, w jaki sposób zmienia się aktywność dobowa naszych nastoletnich pociech. Na co mamy wpływ, a na co nie warto nawet tracić nerwów i zdrowia, bo to po prostu musi tak wyglądać. Porad udziela naukowiec i matka, a więc ich wiarygodność z pewnością wzrasta.

Każdy rozdział jest zakończony wypunktowanym podsumowaniem i tzw. poradami w pigułce. Bardzo dobry pomysł, bo mnogość informacji, jakie autorka podaje, może chwilami przerosnąć umysł czytającego rodzica, który przecież nie tylko o tej książce aktualnie myśli.
Padają również pocieszające słowa, dla nas rodziców-dinozaurów. Ot, na przykład to, że nasz mózg wcale nie kończy swojego rozwoju w okresie dojrzewania. Pani Uhls przytacza nam bowiem wyniki badań, które potwierdzają, że nawet ci, "grubo" po trzydziestych urodzinach, mogą poszczycić się mózgiem aktywnym i nadal rozwijającym pod wpływem otoczenia. Kochani; posiadamy piękną umiejętność zwaną "neuroplastycznością"! I dla takich wiadomości warto czytać podobne poradniki.

Oczywiście najwięcej poczytamy o naszych dzieciach. Przekrój wiekowy od 0 do 18 lat. Dla każdej grupy wiekowej znajdziemy porady i godne polecenia informacje. Ciekawostki, które niejednego czytelnika mogą zaskoczyć. Ja, na przykład nie wiedziałam, że są osoby, które montują na łóżeczkach niemowlaków zabawkowe karuzelki z wbudowaną kamerką i gdy maluch kopnie ją nóżką, robi sobie pierwsze "selfie".
Autorka potrafi też umiejętnie wytłumaczyć pewne zachowania, porównuje przykładowo, regularne wpisy i przywiązanie naszych starszych dzieci do portali społecznościowych z dawnym pamiętnikiem, pisanym codziennie i zamykanym na kluczyk. Chociaż z tym dzisiejszym zamknięciem niewiele można tutaj znaleźć podobieństw. Jednak co kluczyk, to kluczyk. Dowiedziałam się również, czym jest FOMO, a nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje.

Według mnie, ten poradnik warto po prostu mieć na dłużej w domu, by sięgać w razie wątpliwości i chwil zastanowienia, co robić. Przeczytany raz, na szybko, może nie spełnić swojej roli w stu procentach. Pamięć jest zawodna, a informacje, które tutaj znajdziemy można dozować sobie stopniowo i w takim zakresie, jaki nas aktualnie interesuje. Tym bardziej, że i sama autorka nadmienia już na początku, iż rozdziały można czytać oddzielnie, wyrywkowo i niekoniecznie po kolei. Bardziej dostosować do swoich aktualnych potrzeb. Zgadzam się i pochwalam taki układ. Nasze dzieci rosną, a zmiany, jakie powinniśmy zauważać i odnotowywać są właśnie uchwycone w różnorodnych fragmentach książki. To trochę, jak poradniki dla młodych rodziców. Zerkamy do nich w razie potrzeby, kiedy dziecko ząbkuje, czy zaczyna stawiać pierwsze kroki albo, gdy pojawi się jakaś nietypowa wysypka. "Cyfrowi rodzice" to właśnie poradnik na dobrych kilka lat, bo nawet jeśli pojawią się nowinki techniczne, to problemy pozostaną te same. O czym może świadczyć świetny przykład podany we wstępie:
"Pod koniec XIX wieku narodziło się nowe medium. Dzieci natychmiast straciły dla niego głowę, co przeraziło dorosłych. (...) zaczęli się martwić, że to nowe medium i przekazywane przez nie soczyste treści będą zgubne dla młodych umysłów." ....A chodziło o POWIEŚĆ! 
Życząc wielu kontaktów z tamtym zgubnym medium XIX wieku, zachęcam do zapoznania się i z tym nowszym poradnikiem o cyfrowym świecie naszych dzieci.

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: Cyfrowi rodzice. Dzieci w sieci. Jak być czujnym, a nie przeczulonym . Autor: Yalda T.Uhls ;Wydawnictwo IUVI. Oprawa miękka. 284 strony.




poniedziałek, 26 czerwca 2017

Drzwi do szczęścia.


Mądre, prawdziwe, podane w "skondensowany" sposób i znane w większości prawdy o życiu, jakby powiedzieć "oczywiste oczywistości", w ujęciu tego znanego pisarza stają przed nami w nowej odsłonie.
Autor dzieli rozdziały książki i zarazem naszego podejścia do życia na cztery zasady. Symboliczne "Czworo drzwi", przez które powinniśmy przejść w drodze do prawdziwego szczęścia.
Bardzo lubię taki styl pisania. Nie ma tam niepotrzebnych zdań, nie ma zbędnych wyjaśnień. Wszystko ma swoje miejsce i cel.
Pada mnóstwo mądrych słów, cytatów, myśli, powiedzeń (kilka z nich zamieściłam w zakładce "Cytaty tygodnia!") . Autor nie ukrywa, że jest człowiekiem wierzącym w Boga, a więc kieruje się w swoim życiu zasadami wiary.
Książka z typu poradnikowych, stała się dla mnie jeszcze bardziej wiarygodna, bowiem autor zamieszcza w niej wątki autobiograficzne.
Richard Paul Evans jest obecnie znanym i popularnym pisarzem, człowiekiem szczęśliwym w życiu prywatnym i zawodowym, a więc wie czym są "drzwi do szczęścia". Kiedy natomiast czytałam fragment tekstu dotyczący jego dzieciństwa i wczesnej młodości, aż ścisnęło mnie w gardle. To nie było życie z amerykańskiego snu o szczęśliwej, dobrze sytuowanej rodzinie. Poznając wspomnienia o matce autora, jej problemach z psychiką, o niezdiagnozowanej przez wiele lat dolegliwości samego Evansa, z którą zmaga się przez całe życie, to wtedy potwierdzają się moje odczucia co do wiarygodności przekazu. Takich słów nie napisał ktoś z czysto teoretycznego punktu widzenia. On to wszystko przetestował na sobie. Rozpoznawał problemy, podejmował walkę, przegrywał i ponosił porażki, ciężko pracował, po to, by koniec końców znaleźć się na szczycie góry, którą wymarzył sobie zdobyć.
Zwraca uwagę na rozwój duchowy każdego z nas, koncentracji na rzeczach najważniejszych, z których "miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek".
Truizmy, powtarzane tyle razy, teraz docierają do nas w przekazie:

"Nie pojawiliśmy się na tej ziemi, aby zdobyć sławę, która przemija z czasem. Nie pojawiliśmy się na tej ziemi, aby gromadzić dobra materialne, które mogą być rozdzielone i stać się przedmiotem sporu po naszej śmierci. Pojawiliśmy się tutaj, aby nauczyć się kochać"
"Kiedy przychodzi pora ostatecznego rozrachunku, żadna ziemska nagroda, medal, CV czy konto w banku nie zrobią na Bogu żadnego wrażenia - tylko zaświadczenie o tym, jak kochaliśmy..."

Symboliczne "czworo drzwi" otwiera przed nami nowe możliwości. Jeśli uważamy, że niektóre z nich, sami już wcześniej otworzyliśmy, to i tak pozostałe mogą nas mile zaskoczyć. 
Każde z nich są celem samym w sobie i istotą naszego życia. Czy mówimy o naszej samoocenie, wierze we własne siły, czy o tym jaki jest cel naszego istnienia, czy o tym, co nas ogranicza i naszym osobistym rozwoju. O czymkolwiek chcemy się dowiedzieć więcej, znajdziemy odpowiedź w drzwiach do szczęścia.
 Po takie książki sięgamy, czując, że w naszym życiu czegoś brak, chociaż nie zawsze jest źle i w ogóle szczęście brakuje. Szukamy jednak pewnego ogniwa, które spoi tę naszą ziemską egzystencję i da jej jak najlepszy wymiar. Warto wziąć poradnik do ręki. Poświęcić może godzinę, może dwie, a kto wie, czy właśnie tutaj nie odnajdzie się ten jeden element, którego brakuje, by odnaleźć lub po prostu docenić to, co mamy i to, co tak naprawdę w życiu najważniejsze.

 

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej! :)

Tytuł: Drzwi do szczęścia; Autor: Richard Paul Evans;  Wydawnictwo Znak. Oprawa twarda. 170 stron.













wtorek, 20 czerwca 2017

Rośliny. Zwietrzęta. Spotkania z przyrodą.


Dzisiaj przykład, jak dobre książki nie tracą na swojej wartości przez lata.
Wydawca już na pierwszych stronicach informuje nas, że przewodnik powstał z myślą o tych, którzy lubią odpoczywać wędrując po lasach, łąkach, miedzach, polach, zagajnikach, nadrzecznych skarpach zaroślach oraz innych ciekawych miejscach. Lubią obserwować otoczenie, a zwłaszcza rozpoznawać i umieć nazwać napotkane rośliny. Po prostu kochają przyrodę.
Taki wstęp dotyczy części roślinnej, ale i przewodniku dotyczącym zwierząt możemy właściwie powiedzieć to samo. Są to książki dla ludzi kochających przyrodę, ciekawych jej i obserwujących jej piękno.
Rozpoczynamy wstępem, a w nim skondensowana wiedza na temat budowy rośliny, kształtów liści, typów kwiatostanów oraz owoców. Wszystko przepięknie zilustrowane. Rysunki przywodzą na myśl lata szkolne, a więc dla niektórych powtórka, a dla innych wspomnienie młodości. ;)




Świetny pomysł dotyczy podziału kolorystycznego opisanych roślin. Na brzegu każdej strony znajdziemy barwę, w jakiej kwitną nasze roślinki. Są więc strony z kolorem żółtym, czerwonym, niebieskim, białym.

Każda roślina ma swoją łacińską nazwę, opis, informacje o czasie kwitnienia, miejscach występowania oraz ciekawostkę na swój temat. Do tego oczywiście wspaniałe zdjęcia, na których niejednokrotnie rozpoznacie kwiaty, widziane na co dzień, przed domem, blokiem, w parku czy na pobliskim skwerze. Wszystko to jest dookoła nas, ale nie zawsze potrafimy nazwać takie rośliny i właściwie niewiele o nich wiemy.
Druga książka dotyczy zwierząt. Tutaj kolorowy podział wyznaczają: ssaki, ptaki, gady, płazy i ryby.
W przewodniku znów fantastyczne zdjęcia (wrażenie robią zwłaszcza ptaki i motyle, które, jak wiadomo nie tak łatwo uchwycić w locie :), łacińskie nazwy, dokładne opisy i to, co warto wiedzieć.

Niejednokrotnie przewodnik przydaje się podczas rozpoznania ptaków, przy karmniku, na drzewie, czy na krzewie przed oknem.
Zdarza się nam po powrocie ze spaceru, kartkować nasz ulubiony przewodnik, by odnaleźć osobnika widzianego na gałęzi lub w trawie. Do tego motyle, owady, chrząszcze, ryby i inni mieszkańcy naszych łąk, lasów i parków.



 Wspaniała pomoc, kompendium fachowej wiedzy, do tego czysta przyjemność i zachęta do obcowania z przyrodą. A kiedy już kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt gatunków nauczymy się rozpoznawać, uwierzcie, wielu znajomych może być pod wrażeniem. To wcale nie jest takie oczywiste w naszym dzisiejszym świecie, gdzie nawet nasza rodzima przyroda staje się miejscem egzotycznym i nieznanym, jak dawniej amazońska dżungla...


Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej:)

Tytuł: Rośliny. Zwierzęta. Spotkania z przyrodą.(dwupak  w kartonowej oprawie); Autor: Inga Szwedler, Zbigniew Nawara, Wilfried Stichmann, Erich Kretzschmar ;
Wydawnictwo Multico. Oprawa miękka, foliowana. 398stron (Rośliny) 448stron (Zwierzęta.


sobota, 17 czerwca 2017

Blondynka na Tasmanii

Dziennik z podróży, tradycyjnie skondensowany, "jednopopołudniowy" - jak można powiedzieć, ale jednocześnie zachęcający, pełen szczegółów, których na próżno szukać w innych przewodnikach, informatorach czy pamiętnikach.

Książka Beaty Pawlikowskiej, jak zwykle okraszona jej humorystycznymi rysunkami i pięknymi, osobiście przez nią wykonanymi fotografiami.

Na Tasmanii jest inaczej, tego się spodziewała, ale ponieważ trafiła na wyspę w bożonarodzeniowy dzień, inność kraju zaskoczyła nawet tak wytrawną podróżniczkę.
Żadnych ozdób świątecznych, żadnych dekoracji w sklepach, na domach, wyludnione ulice i wyjątkowo zimno, jak na letni sezon na półkuli południowej.
Miejscowe przysłowie, a propos zmiennej pogody: "Jeśli nie podoba ci się tasmańska pogoda, poczekaj pięć minut".
Zimne, wiejące mocno wiatry, które dla mieszkańców wyspy są codziennością, to podobno słynne Ryczące Czterdziestki - wichury szalejące pomiędzy czterdziestym a pięćdziesiątym równoleżnikiem południowej półkuli.

Pogoda na Tasmanii wyjątkowo mnie zaskoczyła w tym opisie. Sądziłam, że u wybrzeży Australii leży spokojna, miła, wysepka o łagodnym klimacie. Tymczasem nasza autorka, prawie cały czas ubiera podwójne skarpety, polary i ciepłe bluzy. Chociaż, podobno mieszkańcy wyspy traktują te ochłodzenia bardzo spokojnie, przyodziani w krótkie spodenki, klapki i t-shirty.

Jak zwykle w dziennikach Blondynki znajdziemy sporo o przyrodzie. Roślinność i zwierzęta opisane ze szczegółami i pokazane na pięknych zdjęciach. Słodkie koale, fascynujące, choć nie grzeszące urodą dziobaki, tasmański diabeł, wombaty i oczywiście dostojne kangury.
Eukaliptusy, opium, rośliny przypominające szczotki do butelek, paprocie i czereśnie, których smak staje się dla autorki pretekstem do filozoficznych podsumowań.

Zahaczymy lekko o fakty historyczne, kilka informacji o gospodarce, polityce, porównamy stopy życiowe oraz zwyczaje mieszkańców. Na dodatek okaże się, że misie koala wcale nie są takie słodziutkie, a diabły tasmańskie w sumie okażą się całkiem sympatyczne. 

Australia od 1770 roku jest częścią Imperium Brytyjskiego. W referendum w 1999 roku Australijczycy mieli prawo wyboru, czy pozostać nadal pod rządami angielskiej królowej, czy stać się niezależną republiką. Wynik, jak dla nas Polaków może nie być oczywisty, bo jak mówi autorka nasza polska dusza kocha wolność, nawet za cenę jakości życia. Mieszkańcy kontynentu australijskiego wybrali natomiast dalsze rządy Brytyjczyków. Są zadowoleni z takiego życia i wcale nie marzą o zmianie. Nie mają swojego prezydenta, są podległym państwem, a i Tasmańczycy są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Jak mówi poznana na wyspie Tasmanka "dostają od rządu australijskiego więcej pieniędzy niż sami wpłacają, bo utrzymują ich bogatsze stany".

Takie i inne ciekawostki znajdziemy w dzienniku z podróży po Tasmanii, do którego lektury zachęcam i obyśmy mieli sposobność poznać osobiście smak tych pysznych tasmańskich czereśni.

Niekoniecznie/ Warto dać szansę / Polecam/ Polecam jak najbardziej! :)

Tytuł: Blondynka na Tasmanii; Autor: Beata Pawlikowska; Wydawnictwo G+J. Oprawa miękka. 128 stron.



Fatima

Tajemnice fatimskie przez wiele lat kojarzyły mi się z wielkim sekretem, przechowywanym w archiwach Watykanu. Czymś, będącym rodzajem taje...